Metrologia-blog.pl

Przyrządy pomiarowe, zarządzanie jakością i wyposażeniem, dobra praktyka pomiarowa, szkolenia

Metrologia tradycyjna Ogólne Systemy zarządzania

Jakość pomiarów i powszechne problemy z pomiarami w polskich firmach produkcyjnych. Subiektywny raport po szkoleniu numer 50

Cześć! Dziś będzie nieco inaczej – z jednej strony na luzie, z drugiej bardzo na poważnie przedstawię Wam moje spostrzeżenia na temat faktycznego stanu jakości pomiarów i zarządzania narzędziami pomiarowymi w polskich przedsiębiorstwach. Wpis jest mocno subiektywny, bo siłą rzeczy opiera się tylko na moich doświadczeniach zbudowanych w oparciu o szkolenia, które osobiście miałem okazję przeprowadzić.

Podkreślam na wstępie, że wymienione w dalszej części wpisu praktyki i spostrzeżenia nie dotyczą stricte firm, które odwiedziłem, były bowiem one mi znane zanim zacząłem szkolić. Jest to raczej przegląd sytuacji i podsumowanie doświadczeń.

Powodem, dla którego publikuję wpis właśnie teraz, jest mały jubileusz, czyli 50 wykonanych szkoleń, które właśnie wskazał licznik (nie liczę szkoleń z obsługi sprzętu po instalacji i podobnych). Przy tej okazji gorąco dziękuję za zaufanie wszystkim, których dane mi było podczas tej niesamowitej podróży poznać. W pamięci mam swoje pierwsze szkolenie (ktoś musiał być królikiem doświadczalnym) i chyba je uznaję za moment kluczowy, który pozwolił mi uwierzyć w siebie i pójść w to dalej. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak wiele nauczę się sam ucząc Was. Dzięki!

Źródła danych i zniekształcenia

Zacznę od omówienia grupy kontrolnej, bo ma to wpływ na dalsze wnioski i pewnie inny szkoleniowiec operujący w innych branżach wnioski miałby inne. Po pierwsze do niedawna nie organizowałem szkoleń otwartych, a jedynie zamknięte. Pakowałem walizkę sprzętów i jechałem do klienta na 2 dni wspólnych warsztatów w jego siedzibie. Znaczy to, że jedno szkolenie = jeden klient, w rozumieniu firma. W szkoleniu zwykle uczestniczyło od 2 do 4 osób, ale zdarzały się i grupy kilkunastoosobowe. Liczba wydanych certyfikatów sięga 200, łącznie z uczestnikami kilku szkoleń otwartych.

Większość firm posiadała stosunkowo młody system zarządzania, była na etapie wdrażania lub przygotowywała się do certyfikacji. Naturalnie najczęściej był to system ISO 9001.

Chcąc nie chcąc pisząc artykuł jak ten nie da się uniknąć uogólnień, może dla niektórych nawet krzywdzących, ale przecież to średnia jest często najbardziej użyteczną wartością. Sam odrzuciłem przypadki skrajne, żeby nie zabarwiać obrazu niepotrzebnie, o to samo proszę i Was – potraktujcie to jako zbiór subiektywnych wniosków trenera zdobywającego doświadczenie w świecie szybkich przemian. Dodatkowo miejmy na uwadze, że skoro ktoś zaprasza mnie na szkolenie czy wdrożenie systemu zarządzania wyposażeniem pomiarowym, to widzi potrzebę zmiany i moment ten należy uznać za grubą kreskę oddzielającą stare od nowego.

Gdzie jest dobrze?

Schemat jest prosty – z pomiarami użytecznej jakości mamy do czynienia najczęściej w polskich oddziałach zagranicznych korporacji, które to przeszczepiły na nasz grunt działające systemy i dobre praktyki pomiarowe. Mowa więc głównie o zakładach z branż automotive, lotniczej i energetycznej, oraz ich dostawcach. Tam, gdzie MSA i R&R nie są tylko hasłami, a działającymi narzędziami, tam procesy pomiarowe po pierwsze działają, po drugie są doskonalone.

Generalnie zwykle dobrze jest w placówkach pomiarowych, czyli wewnątrzzakładowych laboratoriach. Jakości tych pomiarów czepiam się w znacznie mniejszym stopniu niż jakości pomiarów wykonywanych na produkcji. Personel komórek metrologicznych jeździ regularnie na szkolenia, a same laboratoria są (głównie w wyżej przytoczonych branżach) coraz lepiej, czasem znakomicie wręcz wyposażone. Jest kasa, jest sprzęt.

To jak jest gdzie indziej?

Najczęściej, nie oszukujmy się, jest dramatycznie. Śmiem twierdzić, że w połowie przedsiębiorstw jakość pomiarów jest najogólniej mówiąc żadna, i równie dobrze można by nie wykonywać ich wcale. Nie przesadzam.

Nie ma takiej firmy, do której bym przyjechał i nie znalazł przynajmniej jednej niewłaściwej praktyki pomiarowej, a często są to błędy krytyczne, wielokrotnie powielane…

Powtarzalność i odtwarzalność pomiarów nie istnieją. Każdy mierzy inaczej, najczęściej tak, żeby wyszło dobrze. Personel produkcyjny, który odpowiedzialny jest za wykonywanie pomiarów na linii, i który to zamieszcza wyniki w raportach nie ma wystarczającej wiedzy na temat metod unikania błędów pomiaru, każdy stosuje inny nacisk pomiarowy, rozrzut wewnątrz firmy między pracownikami na suwmiarce elektronicznej to czasem i „dycha”:)

Nie ma siły, która skłoni użytkownika narzędzia pomiarowego, aby zgłosił jego upadek czy sytuację grożącą utratą właściwości pomiarowych. Nikt nie widział? Działa? To do szuflady… Straszę w takich przypadkach i rysuję krzywą dziesięciokrotnego mnożnika kosztów, ale to zadziała na garstkę świadomych. Nasze społeczne nawyki są wciąż tak mocno wyryte w świadomości, że nie wiem ile pokoleń musi minąć, aby to się zmieniło. Najlepiej wciąż działają metody drakońskie, czyli przypisanie narzędzia do nazwiska i osobista odpowiedzialność materialna za uszkodzenie. Wtedy zaczynamy dbać, a jak wspólne to nie moje.

Jakość bardzo często jest skopiowanym i wklejonym w politykę firmy frazesem, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. W starciu jakość kontra produkcja, produkcja wygrywa jak nożyce z papierem. Firmy, które to jakość wymieniają na czele swoich wartości zadziwiająco chętnie wydają miliony na maszyny do produkcji i obrabiarki, ale gdy przychodzi do zainwestowania w narzędzia pomiarowe czy szkolenie, to przechodzi to jak wielka, niepowlekana tabletka przez gardło.

Naprawdę czasem aż nie przystoi – najtańsze, bezmarkowe chińczyki w poważnych firmach produkujących komponenty dla wielkich marek, na dodatek w rękach ludzi, którzy nie za bardzo wiedzą jak się tym posłużyć, to przepis na katastrofę i zwykły obciach… Po części wina w tym handlowców, którzy wciskają ludziom kit o „niemieckich markach”. Te marki z Niemcami mają tyle kontaktu, przez ile przebywają w kontenerze w porcie po wielotygodniowej podróży z Wielkiej Fabryki Narzędzi Pomiarowych. Lipa.

Generalnie przerażają mnie dwa obrazy – zakupowca, który targuje się o 1 % na najtańszej suwmiarce, mającego za plecami „politykę jakości” oraz handlowca, który jadąc na wynik życia wciska te zabawki (nazywajmy rzeczy po imieniu) firmom, które robią detale, mogące kiedyś mieć wpływ na czyjeś życie. Gęsiej skórki dostaję gdy w mojej głowie pojawiają się obrazy eksplozji i katastrof. Kasa, kasa, kasa, a martwić będzie się kto inny.

Powyższe akapity dla mnie, człowieka o dalekowschodniej filozofii wyglądają na drażnienie karmy. Jak mawiał Jim Rohn – to, że katastrofa nie nadeszła pierwszego dnia wcale nie oznacza, że nie nadchodzi. A reklamacja w jakości jest najlepszym motywatorem.

A gdzie najgorzej?

Pomyśleć możecie, że wielce tu narzekam, a gdyby było inaczej, to nie miałbym co robić. Niby tak, i cieszy mnie ta praca i zmiana, której potrafimy z ambitnym personelem o pewnej mocy przebicia w firmie dokonać. Ogólnie prawie wszędzie da się wprowadzić wyraźne zmiany i to dające szybki efekt. Prawie?

Prawie. Najgorzej jest w tych zakładach, które tkwią jeszcze w poprzednim ustroju. I wcale nie dlatego, że w tym jeszcze ustroju tkwią, bo przemiany jakie dokonują się w takich spółkach są często imponujące i aż przyjemnie popatrzeć! Problemem są jednak stare przyzwyczajenia, te ludzkie. Kadra od 40 lat używająca narzędzi pomiarowych, ta wszechwiedząca i wszystko-potrafiąca, ma potencjał do ruszenia z miejsca niczym piramida Cheopsa. Opór przed zmianą jest nieprawdopodobny. Najgorsze, że fatalne często zwyczaje przekazywane są nowym pracownikom, a czym skorupka za młodu nasiąknie… Oczywiście zaznaczam w tym miejscu ponownie, że dotyczy to tylko pewnej części firm i raczej obszaru produkcyjnego niż laboratoryjnego. Czemu ponownie o tym mówię? Bo kocham stare laboratoria, przepraszam – Izby Pomiarowe, w których kultywowana jest tradycyjna metrologia. Doceniam też poziom „starej” kadry pomiarowców i inżynierów, w wielu przedsiębiorstwach jest to naprawdę wspaniały zasób.

Dlaczego jest tak kiepsko?

Na podstawie powyższych spostrzeżeń można wysnuć pewne wnioski, które budują ten nie najlepszy, ale na szczęście dynamicznie zmieniający się obraz.

  1. Największe problemy związane są z ludźmi i wynikają z oporu przed zmianą oraz cech wpisanych w naszą mentalność
  2. Świadomość audytorów oraz podejście do audytów w początkach rozwoju systemów zarządzania w naszym kraju bywały różne, przez co de facto systemy nie mogły się realnie doskonalić i narosło wiele mitów i różnych interpretacji
  3. Wiele praktyk pomiarowych ma w firmach dziesiątki lat i są one przenoszone na nowy personel, a czas przecież nie stoi w miejscu
  4. Praktyki te często są błędne, ale przez wiele lat nie miały okazji skonfrontować się z rzeczywistością, więc błędy przechodzą niezauważone
  5. Działy pomiarów są często jeszcze traktowane jako zło konieczne, co powoduje, że brak jest chęci inwestowania w sprzęt, a pracownikom dokłada się całe spektrum zadań z obszaru pomiarów, przez co nie mają czasu zrobić żadnego z nich porządnie
  6. Nastawienie na szybki zysk zabija zrównoważony i systematyczny rozwój przedsiębiorstwa, a tylko ten jest w stanie zbudować odpowiednią kulturę jakości
  7. Świadomość znaczenia standaryzacji i spójności pomiarowej jest często znikoma, a zainteresowanie tymi obszarami wyznacza ogrodzenie terenu firmy. Tymczasem każda firma jest lub będzie elementem złożonego organizmu i musi otwierać się i stosować aktualne standardy
  8. Produkcja, ilość, sprzedaż, kasa – to najważniejsze wartości wielu firm, które zwykle w pierwszej trójce wymieniają także jakość.

Konkluzja

Reasumując, cieszę się z tego jak szybko zachodzą zmiany i gdybym miał spojrzeć na stan pomiarów w firmach produkcyjnych w naszym kraju ogólnie, to pewnie byłbym zadowolony. Ale nie na tym chciałem się skupić, bo wychwalanie tego co dobre nie da tak wymiernych wyników, jak zwrócenie uwagi na to, co trzeba poprawić. Jestem bardzo kontent z tego, co już osiągnęliśmy, zarówno w skali mikro: ja i moi klienci, jak i makro – my jako naród. Patrząc na warunki, w jakich zaczynaliśmy oraz na tak krótki okres czasu, w którym dokonały się przemiany – kawał dobrej roboty.

Na koniec jedna tylko, ale ważna rada, dla wszystkich, którzy postanowią po tym tekście coś zmienić – od lat powtarzam na szkoleniach, że samo ISO 9001 to tylko minimum, żeby przejść audyt. Jeśli jednak chcecie, żeby system zarządzania pomiarami i wyposażeniem pomiarowym żył i doskonalił się – sięgnijcie po ISO 10012. Tyle mogę przekazać Wam na odległość, ale to i tak ważny pierwszy krok!

Tymczasem czas pakować ciężką walizę i ruszać na drugi koniec naszego pięknego kraju szkolić kolejnych adeptów metrologicznej sztuki. Do wykonania jest jeszcze kawał pracy u podstaw, tak w kwestii organizacji i zarządzania, jak i technicznej. Kolejny raport za następne 50 szkoleń i jestem pewien, że będziemy wtedy już dużo dalej. Jeśli widzisz potrzebę doskonalenia także u siebie, zapraszam do współpracy. Przykładowe propozycje szkoleń znajdziesz tutaj. Do zobaczenia!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ